Od autorek

Od autorek
Oto ostatnia miniaturka przed przerwą wakacyjną. Nosi tytuł Rusałki.
Kolejna opowieść ukaże się po przerwie, w bliżej nieokreślonym terminie.
Zaglądajcie do nas!
Zapraszamy też na podstronę "Spod naszego pióra", gdzie znajduje się przegląd
graficzny tekstów, które pojawią się na blogu;)
Jeśli chcecie dostawać powiadomienia o kolejnych opowieściach, dajcie znać w
komentarzu. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie:)

środa, 15 lipca 2015

Rusałki

    Zachodzące słońce oblało wierzchołki drzew karmazynowym blaskiem, sugerującym, że zaraz zapadnie zmierzch. Coś zaszeleściło w krzakach, napierając na stary pień limby, po chwili spróchniała sosna zwaliła się na drogę, tarasując jedyną możliwość przejazdu. Młody mężczyzna, siedzący za kierownicom czerwonego malucha gwałtownie wcisnął hamulec. Pojazd szarpnął i zatrzymał się tuż przed zwalonym drzewem. Mężczyzna wyszedł, spoglądając na nieszczęsną limbę i westchnął. Z pewnością nie uda mu się jej ruszyć, a to oznaczało, że będzie musiał zawrócić i pojechać dłuższą drogą przez miasto. Spóźni się na umówioną kolację i firma nie otrzyma nowego zlecenia, a Bóg świadkiem – bardzo go potrzebowała. Przeczesał dłonią włosy, zerkając na otaczający go las. Jeśli dobrze orientował się w terenie, od wioski dzieliły go jakieś dwa kilometry. Jeśli poszedłby szybkim tempem, zdążyłby na spotkanie.
    Nie zastanawiając się dłużej, Gustaw wyjął z samochodu aktówkę i ruszył do lasu, torując sobie drogę między krzewami.
    Po upływie piętnastu minut zdał sobie sprawę, że zabłądził. Od jakiegoś czasu szedł, nie widząc przed sobą niczego, poza drzewami. Żadnej ścieżki, żadnego śladu drogi czy wioski. Co jakiś czas słyszał pohukiwanie sowy, szelest liści, poruszanych wiatrem, a przynajmniej miał nadzieję, że był to wiatr. Raz nawet dałby głowę, że jego uszu dobiegło wycie. Z przekleństwem cisnącym się na usta, urwał gałąź uczepioną jego koszuli. Żałował, że zwyczajnie nie zawrócił, mógł przecież zadzwonić i powiedzieć, że się spóźni. Nastąpiła mała komplikacja, każdy powinien to zrozumieć. Teraz znalazł się w środku lasu, nie mając bladego pojęcia, w którą stronę skierować kroki, by choć trochę zbliżyć się do wioski. No tak, w końcu był miastowy, co on może wiedzieć o leśnych wyprawach.
    Zatrzymał się, słysząc głośniejszy szelest tuż za plecami. Odwrócił się, ale nie dostrzegł niczego. Czyżby zbłąkany zając? Z pewnością nie wiatr. Wzruszył ramionami, podejmując przerwany marsz. Nie miał ochoty na potrawkę z własnoręcznie złapanego królika. Wyjął z kieszeni ostatnią już gumę i wsunął ją do ust, rzucając papierek pod nogi. Przecież nikt nie zauważy.
    Znów rozległ się szelest. Zmarszczył brwi, uważnie lustrując okolicę. Czyżby nie był sam? Kolejny szelest rozległ się po drugiej stronie. Z każdym dźwiękiem Gustaw czuł się coraz mniej pewnie. Obejrzał w życiu dość horrorów, by umysł podsunął mu najbardziej krwawe sceny. Przeszły go dreszcze.
    Kątem oka dostrzegł ruch. Postać, która przemknęła koło niego i skrzyła się za drzewami nie przypominała mordercy o psychopatycznych skłonnościach. Był niemal pewien, że widział kobietę. Czym prędzej ruszył jej śladem, mając nadzieję, że uda mu się ją dogonić i zapytać o drogę.
    - Hej, zaczekaj!
    Usłyszał chichot, śliczna postać znów mignęła między drzewami. Przecież nie miał czasu na zabawę! Mimo to ruszył za nią, wiedziony dziwnym przyciąganiem. Jej dźwięczny śmiech stał się melodią dla uszu Gustawa. Podążał za nią, nie dostrzegając, że prowadzi go coraz głębiej w las. Szarpnął się, kiedy gałąź zahaczyła o jego koszulę, niemal ją rozrywając. Miał nadzieję, że nie zgubił kobiety.
    Nie. Ciągle tam była. Wyjrzała zza drzewa, posyłając mu zalotne spojrzenie. Powinien głębiej się nad tym zastanowić, jednak jej uroda uciszyła wszelkie myśli protestu. Czy to możliwe, by tak na niego działała zwykła kobieta?
    Ruszył w jej stronę, nie spuszczając wzroku z jej oczu, kolorem przypominających wzburzone morze. Na tle jasnej cery i włosów o tej samej barwie przypominała leśną nimfę. Nie zawahał się, kiedy wciągnęła go jeszcze głębiej w las. Nie czuł strachu, kiedy do pięknej nieznajomej dołączyły inne kobiety, zamiast tego ogarnęła go niezdrowa fascynacja. Słuchał ich dźwięcznego śmiechu, śpiewu, podziwiał wdzięczne ruchy, kiedy otoczyły go, tańcząc niczym baletnice. Miał wrażenie, jakby słyszał je wewnątrz umysłu, nie wiedział, które myśli należą do niego, a które już do nich.
    Głosy miały słodkie, delikatne jak poranna rosa.
    Strudzony wędrowcze, zatańcz tu z nami
    My cię rozbawim naszymi pieśniami...
    Tak więc tańczył. Nie wiedział, czy ktokolwiek był w stanie odmówić tym nieziemskim kobietom, on z pewnością nie. Mijały godziny, a on tańczył. Czuł jak jego ciało dopada zmęczenie, jednak nie mógł przestać. Strach wkradał się w jego trzewia, przerażenie silne jak nigdy dotąd. Umysł kazał mu uciekać, krzyczeć, wołać o pomoc, znaleźć się najdalej od tego przeklętego miejsca. Ciało natomiast... ciało nie należało już do niego.
    Wiesz już drogi wędrowcze, co jest jawą, co snem?
    Bo jawa i sen rzeczywistością się stały,
    Gustaw wciąż tańczył, wiedząc,
    że tajemnicze panny grób mu kopały.
    Czas płynął nieznośnie, aż las zastał dzień.
    Urwały się śmiechy, jak urwał się śpiew.
    Drzewa szumiały, okalając leśną polanę cieniem. Strumień szemrał, a promienie słońca ogrzewały powietrze. Zielonowłose panny bawiły się w rzece, chichocząc i ochlapując się wodą. Śpiewały piosenkę, o młodym wędrowcu, który zgubił się w lesie. Spotkał rusałki, tańczące przy świetle księżyca. Nie wiedział, że kto raz do nich dołączy nie może już odejść. Dlatego one nadal się bawiły, a on spoczywał w leśnej głębi bez życia.
Iara Majere